|


Kazimierz Nowak- w latach 1931-1936 jako pierwszy człowiek na świecie przebył samotnie kontynent afrykański z północy na południe i z powrotem (40 tys. km pieszo, rowerem, konno oraz czółnem). Ryszard Kapuściński powiedział o nim: Kazimierz Nowak był człowiekiem o ogromnej wyobraźni i ogromnej odwadze, człowiekiem nieustraszonym. Pokazał, że jeden biały człowiek, bezbronny zupełnie, nieposiadający żadnego uzbrojenia, a jedynie wiarę w drugiego człowieka, może przebyć samotnie wielki kontynent i to w czasach, gdy Europa zaczynała dopiero odkrywać Trzeci Świat. On uczył nas wtedy, w latach trzydziestych XX wieku, jak należy traktować Trzeci Świat i jego mieszkańców. Tylko ktoś, kto zna te rejony, którymi on podróżował i sposób, w jaki to zrobił, może docenić to bohaterstwo połączone z niezwykłą skromnością. On się nie chwalił, on po prostu opisywał, co widział.
W trakcie swej poróży przez kontynent afrykański spotkał Misjonarza Afryki- Ojca Szumachera, co opisuje w swoich wspomnieniach.

(…) Nad ranem posłyszałem ledwo uchwytny szmer i w parę chwil później jakby spod ziemi wyrosły przede mną dwie sylwetki karłów. Przybysze poczęli gestykulować. Zaproszenie do towarzyszenia w marszu przez las nie było trudne do zrozumienia, ruszyłem śladem moich przewodników. Po godzinie forsownego marszu ścieżyna wprowadziła nas na gwarną leśną polanę zalaną promieniami słonecznymi. Z małych szałasów wypełzały postaci karłów, kobiety, mężczyźni i dzieci, ukazał się także brodaty biały człowiek o skroniach dobrze już przyprószonych siwizną.
- Ojciec Schumacher z zakonu Białych Ojców, misjonarzy Afryki – przedstawił się po francusku.
- A ja jestem włóczęgą Afryki – odpowiedziałem. – Cieszę się niezmiernie, że los dał mi możność poznania Ojca i to na tle tak romantycznego otoczenia.
- Nie jedynie los dał panu możność dotarcia tutaj. Od trzech już dni wiem, że podąża pan przez puszczę samotnie, że ma pan brodę, że…, że…, że… Od kilku dni obserwują pana bystre oczy Pigmejów, którzy raz po raz przysyłali gońców do obozu, by tu zdecydować o losie białego. Ponieważ od wielu lat studiuję z ramienia Watykanu narzecze ich języka i zdobyłem pełne zaufanie gromady, miałem okazję wpłynąć na poczciwych Mambuti, aby dali panu zupełną swobodę ruchów, a zarazem baczyli, czy nie potrzebuje pan pomocy. Ale pan pewno głodny?
Przyrządzone na sposób czysto murzyński śniadanie już na nas czekało. Położono przed nami pieczone kłącza manioku, na pół spaloną wątrobę słonia, przeróżne owoce i grzyby pieczone. Wokół przysiedli w kucki Pigmeje i obserwowali nasze ruchy, przypuszczalnie sądząc, że jesteśmy braćmi, obaj bowiem byliśmy brodaci, wysocy, obdarci i zadowoleni z życia leśnego, inni zaś od białych, którzy przychodzili uzbrojeni po zęby i prowadzili ze sobą czarnych głupich Bantu, dźwigających dla nich skrzynie z jadłem i amunicję, a wyśmiewających zawsze małych Mambuti.
Karzełki śmiesznie małego wzrostu, dziewięćdziesięciu do stu dziesięciu centymetrów, głowy mają dysproporcjonalnie duże w stosunku do wielkości całego ciała, sprawiają wrażenie dzieci w wieku lat dziesięciu do dwunastu najwyżej. Nawet w mimice twarzy i w spojrzeniu ich jest coś jakby dziecięcego.
Ci prawdziwi leśni ludzie w puszczy się rodzą, puszcza ich żywi, w puszczy kości swe składają na polanie, którą sami wykarczowali.
Prawie nadzy, mając zwierzyny i grzybów las pełen, nie potrzebują jakichkolwiek pieniędzy. Łakomi są jedynie na sól, którą jedzą jak nasze dzieci cukier, toteż gość, który im garść tego przysmaku sypnie, jest od razu w przyjaźni zażyłej.
Domy swoje stawiają w głębi lasu tam, gdzie czują dużo zwierzyny. Są to niziutkie szałasy, podobne do mrowisk raczej niż do mieszkań ludzkich, sklecone jakby naprędce z giętkich gałęzi liściem pokrytych. Wewnątrz rozkładają futerka upolowanych za pomocą przemyślnych pułapek małp, by chroniły ich w nocy od chłodnej wilgoci ziemi. Wokół domostwa ścinają nożami kilka drzew, aby było przestronniej i aby się ochronić przed żmijami.
Mieszkają w małych grupach, po trzydzieści do sześćdziesięciu osób. Polują wspólnie, zdobycz dzieląc pomiędzy wszystkich. Są to może jedyni prawdziwi komuniści na świecie.
W mrocznym wnętrzu dżungli podrównikowej, wśród pni spowitych bluszczem, unosi się ku gęstemu leśnemu stropowi błękitnawy słup dymu. Gdy trzaskać zaczęły płomienie, kawał ciepłego jeszcze mięsa słoniowego piec się zaczął na rożnie, a gdzieś z różnych zakamarków lasu karzełki naznosiły grzybów o fantastycznych kształtach, barwnych jak motyle.
Przypomniały mi się obrazki z dziecięcych książek z bajkami. Przebywałem wśród takich jak tam krasnali, tylko długich bród pozbawionych, bez barwnego stroju i kapturków, za to czarnoskórych. W lasach dziewiczych zajadam z nimi mięso słonia, twarde i niestrawne, oraz barwne grzyby, zupełnie jak te z bajki. Pigmeje dobrzy, mili i przychylni paplają jak dzieci rozpieszczone… Czują, że mam sól jeszcze, a oni tak sól lubią! Ich sól „krzepi”, a nie cukier…(…)
(Fragment pochodzi z książki zredagowanej przez Łukasza Wierzbickiego: Kazimierz Nowak Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd, Poznań 2008, wyd. Sorus)
Czytaj też "Afryka Nowaka na wiara.pl"
|